Dziękczynienie za kanonizację Jana Pawła II w drodze…

Dziękczynienie za kanonizację Jana Pawła II w drodze…

Minęło już troszkę czasu od tego pięknego wydarzenia, w którym brałem udział. 6 lat temu, w 2014 roku, wraz z grupą z Ameryki Południowej wyruszyłem w pieszą pielgrzymkę z Rzymu do Krakowa. Ale od początku…
Pomysłodawcę oraz organizatora przedsięwzięcia poznałem przez Facebook. Już nie pamiętam dokładnie naszej korespondencji, ale znalazł mnie dzięki mojemu portalowi, który ówcześnie prowadziłem. Od słowa do słowa – tak zaczęła się nasza znajomość. Najpierw bardzo sceptycznie podchodziłem do pomysłu: przecież się nie znaliśmy. Ktoś z drugiego krańca świata proponuje mi darmową pieszą wyprawę. Przed pielgrzymką nawet nie rozmawialiśmy przez telefon czy Skype. Dużą rolę w przekonaniu mnie odegrali moi rodzice, którzy bardzo mnie zachęcali do wzięcia udziału oraz ks. Marcin Schmidt, który również był organizatorem tej wyprawy.
Hasłem naszej dziękczynnej pielgrzymki za kanonizację Jana Pawła II było: The way of a saint. W 1400-kilometrową drogę wyruszyliśmy 28 kwietnia. W grupie szli Sergio, Veronica i Amaya z Chile, Carlos z Peru, Ariel z Argentyny oraz ja z Polski. Dzień przed wyruszeniem z Watykanu uczestniczyliśmy we mszy św. kanonizacyjnej Jana Pawła II. Pomimo panującego na placu św. Piotra ścisku dało się czuć ogromną radość i dumę z naszego papieża Polaka. W tym momencie plac zrobił się polski, o czym świadczył ogrom flag z naszego kraju.
Nasza wędrówka wiodła przez Włochy, Austrię, Czechy i Polskę. W każdym kraju spotykaliśmy się z dużą życzliwością. Kierowcy machali i pozdrawiali nas. Często zdarzało się, że przechodnie zapraszali nas do swoich domów na posiłek lub na odpoczynek. We Włoszech po raz kolejny uderzyło mnie piękno Wenecji. Nigdy do niej nie jechałem pociągiem. Do ciekawych należał jeden z dłuższych przystanków w Campingu Badiaccia.
Niestety ze względu na warunki pogodowe nie udało się nam pieszo przejść przez Alpy do Austrii. Musieliśmy posiłkować się pociągiem. Pamiętam swoje zaskoczenie, jak w kolei mieliśmy możliwość korzystać z darmowego WiFi.
Idąc przez Austrię odwiedziliśmy narodowe sanktuarium maryjne – odpowiednik naszej polskiej Częstochowy – Mariazell. W tym miejscu również napotkaliśmy Polki, które bardzo miło nas przyjęły. Idąc do Mariazell zdobyliśmy nasz dzienny rekord 45 km. Wyniknęło to z mojego błędu nawigacyjnego – niestety ciężko było na takiej wysokości uchwycić GPS, który by nas w miarę szybko doprowadził do celu. Do Mariazell poruszaliśmy się szlakiem Mariazellweg.
Do Wiednia szliśmy jednym z najstarszych szlaków pielgrzymkowych Austrii jakim jest Via Sacra. Idąc z Mariazell do Wiednia jednym z miejsc naszego postoju był Heiligenkreuz, w którym do dzisiaj jest opactwo cystersów. Zasłynęli oni w 2005 roku z nagrania płyty ze śpiewem gregoriańskim ,,Chant: Music for Paradise’’. W tamtejszym klasztorze przechowywane są relikwie Krzyża Świętego.
W Austrii duże wrażenie zrobił na mnie Wiedeń – Kahlenberg, na którym zostaliśmy ciepło przyjęci przez polskiego proboszcza, ks. Romana Krekorę. Dla Polaków Kahlenberg to szczególne wzniesienie. Jak pamiętamy z historii, Jan III Sobieski w trakcie odsieczy wiedeńskiej patrzył z niego na wojska tureckie. Dzisiaj na tym wzgórzu jest kościół należący, jak wcześniej wspomniałem, do Polaków. W Wiedniu zostaliśmy przyjęci na audiencji u pasterza Wiednia, ks. kard. Christophera Schönborna. Dzięki uprzejmości pracowników kurii mogliśmy zwiedzić katedrę św. Szczepana w Wiedniu oraz pałac biskupi.
Miłym gestem ze strony ks. kardynała było podarowanie nam oprócz licznych pamiątek również pieniędzy na dalszą podróż oraz wspomnienie nas podczas niedzielnej sumy w wiedeńskiej katedrze, jak i rozmowa z każdym w jego ojczystym języku.
W Wiedniu spotkałem wielu Polaków. Jedna znajomość pomimo upływu czasu trwa do dzisiaj. Myślę tu o Magdalenie Kalecie, która jest polską śpiewaczką.
W Austrii mieliśmy kilka perypetii, z których byliśmy wyciągani dzięki pomocy austriackiej policji.
Następny kraj, który odwiedziliśmy na naszej pielgrzymkowej trasie to Czechy. Do momentu wyprawy Czechów postrzegałem poprzez pryzmat Czeskiego Filmu. Zdanie zmieniłem wraz z pierwszym noclegiem przy parafii. Kontakt ułatwiał fakt, że Czesi rozumieli polski, a ja mogłem zrozumieć ich. Inna sprawa, że język czeski jest śmieszny dla Polaka. Jednak to nie przeszkadzało w dogadaniu się. W Czechach częstowano nas bardzo dobrym i swojskim winem i śliwowicą. Ale spokojnie – do dzisiaj pamiętam z tego kraju bardzo dużo szczegółów. Czesi, wbrew pozorom, są bardzo przyjacielscy. Jak by mogli, dali by serce na tacy. Traktowali nas bardzo często jak swoją rodzinę. W Czechach również mieliśmy możliwość uczestniczyć w szkolnej lekcji.
Tutaj chciałbym odpowiedzieć na nurtujące pytanie czytelnika, jak się porozumiewałem z resztą grupy nie znając hiszpańskiego. Starałem się dogadać po angielsku, choć ręce często mnie bolały bardziej niż nogi. Do dzisiaj pamiętam jedną taką śmieszną anegdotę – właśnie z Czech. Zatrzymaliśmy się na nocleg. Przy domu pasły się owce. Część grupy zostało przy owcach, a mnie Sergio poprosił o to, abym zawołał resztę osób, aby nakarmić owce. Nie wiedząc, jak jest po angielsku, a tym bardziej po hiszpańsku „karmić owce” pokazałem na osoby w mieszkaniu i rzekłem znamienne zdanie „you, you and you are meemee (chodziło o beczenie owiec)”. Zdziwienie było ogromne, a śmiechu co niemiara. Pomimo wszystko doszło do porozumienia.
Odnosząc się do ciekawszych chwil z naszego pielgrzymowania chciałbym napomknąć o drobnym fakcie. Przez te dwa miesiące Sergio nauczył się naszego hymnu na pamięć. Z tego, co mi wiadomo pamięta go do dziś.
Ostatnim krajem w naszej pieszej wędrówce była Polska. Do naszej Ojczyzny doszliśmy w czerwcu. Jednak w Cieszynie musiałem pożegnać swoich towarzyszy podróży i udać się pociągiem do Warszawy. Pamiętam jednak z jaką radością przekraczałem granicę czesko-polską.
Ponownie z grupą spotkałem się w Krakowie gdzie zostaliśmy przyjęci na audiencji przez ówczesnego pasterza archidiecezji krakowskiej kard. Stanisława Dziwisza, który z dużym zaciekawieniem wysłuchał naszej opowieści. I na pożegnanie ofiarował nam z góralską siłą różańce poświęcone przez św. Jana Pawła II.
Często w trakcie wyprawy pojawiały się chwile zwątpienia, zmęczenia, pytania o sens takiego przedsięwzięcia. Jednak obrany cel pomagał iść.
Dużej otuchy dodawali mi moi rodzice oraz znajomi z Polski, którzy często wspierali nas, również finansowo. Rozczulającym faktem, o którym dowiedziałem się później, było to, że moja kochana mama codziennie modliła się za nas przy świeczce, którą zapaliła wraz z powrotem do domu, kiedy rodzice odwieźli mnie na lotnisko do Warszawy.
Gdybym miał iść powtórnie na taką pielgrzymkę bez większego oporu ruszyłbym w drogę. W drodze człowiek poznaje swoje prawdziwe ja. Swoją słabszą stronę. Jednak wiara, samozaparcie oraz pomoc bliźnich napotkanych na pielgrzymiej drodze, jak i wsparcie duchowe tych, którzy na nas czekają pomagają dojść do celu.
Pielgrzymka, którą opisałem wniosła w moje życie dużo dobra oraz pokazała mi, że czasami warto zaufać Opatrzności i iść w nieznane. A jeśli zaufa się Bogu, to każdy trud będzie do przezwyciężenia.
Kończąc chciałem ponownie podziękować najpierw swoim rodzicom, którzy wspierali nas, Sergio, który mnie zachęcił do pójścia w tak daleką drogę, stowarzyszeniu GPS Paliano, które opiekowało się nami we Włoszech oraz w trakcie pielgrzymki, jak też licznym sponsorom, dzięki którym pielgrzymka mogła się odbyć.
A tym, którzy zamierzają wyruszyć na pielgrzymi szlak polecam nabyć dobre buty. Co ważne – by obuwie było rozchodzone. U mnie sprawdziły się buty wojskowe tzw. pustynne. Te, w których często chodziłem. Skutecznie chroniły moje nogi tak, że piach czy woda nie stanowiły dla mnie większego problemu. Dzięki nim nie doświadczyłem na swoich stopach bolesnych pęcherzy.
Czasami warto zaszaleć i iść w nieznane. A towarzystwo dobrych osób zrekompensuje nam wszelkie niedogodności drogi. Często ciężkiej drogi.

 

Napisz komentarz

Twój e-mail nie będzie opublikowany.