Wywiad z Panią Ireną Tomasińską ps. Jaskółka, kombatantką, odznaczoną Złotym Krzyżem Zasługi przez Prezydenta L. Kaczyńskiego, 95-letnią Prażanką

Wywiad z Panią Ireną Tomasińską ps. Jaskółka, kombatantką, odznaczoną Złotym Krzyżem Zasługi przez Prezydenta L. Kaczyńskiego, 95-letnią Prażanką

DG: Pani się urodziła i wychowała na Pradze. Czy mogłaby Pani opisać, porównać życie na przedwojennej Pradze z obecnym?

IT: Tu urodziłam się, wychowałam się i z powrotem wróciłam na stare śmieci. Mieszkaliśmy na ulicy Wołomińskiej. Bardzo biednej ulicy. Wyjątkowo biednej. W tym domu, w którym mieszkaliśmy, mój ojciec miał coś w rodzaju drogerii, mydlarni, apteki, wszystko razem połączone. To był duży sklep i finansowo należeliśmy do tej klasy średniej która pomagała wszystkim. Mój ojciec wszystko stracił. Nauczył się rozdawać, a nie brać. Urodziłam się na ulicy Konopackiej 6, potem po wojnie moja córka urodziła się na Konopackiej 4 w tym budynku, gdzie urzędowała Pani Rzeszotarska. Jak tam było na Wołomińskiej? Może wspomnieniami tam sięgnę, bo wcześniejszych wydarzeń jako małe dziecko to niewiele pamiętam. Ulica Wołomińska, nieskanalizowana, mieszkania okropne, zaniedbane, dużo bezrobotnych, dużo biedy. Mój ojciec sprzedawał towary, ale wszystko na zeszyt. Ludzie byli biedni, nie było ich stać nawet na najprostsze rzeczy takie jak środki piorące, mydło, zwłaszcza nafta. Ulica była bardzo mało zelektryzowana, nie było prądu, lampy naftowe dominowały. A w szkole? Ja uczęszczałam na ulicę Otwocką. Przy szkole funkcjonował taki zespół rodzicielski, do którego należał mój ojciec, i on właśnie fundował te bezpłatne obiady dzieciom. Te obiady były często wszystkim, co one jadały. Gdy moja mama dawała mi kanapki, to ja zawsze te kanapki oddawałam dziewczynkom. Wiedziałam, że są głodne. Jednak one często nie chciały zjeść tych kanapek od razu, chowały je do teczek. Pytałam: „dlaczego je chowacie do teczek?” Padała odpowiedź: „bo moja siostrzyczka jeszcze bardziej głodna jest, bo ja tu jem obiadek, ale ona nawet obiadku nie ma”. W takim razie prosiłam mamę i niosłam do szkoły pięć kanapek i rozdawałam tamtym głodnym. One ich nie zjadały, odnosiły do domów. Dużo było rodzin bezrobotnych. Szkoła była pod jednym względem wspaniała. Nie było jakiejś takiej różnicy klasowej pomiędzy nami a tymi dziećmi, które pomocy potrzebowały. Bieda była, okres bezrobocia. Pamiętam do dziś, jak panowie chodzili po podwórkach i śpiewali taką pieśń:

„ nie ma chleba, a żyć trzeba,
robotnika smutny los,
smutne tony biją dzwony,
to kajdanów słychać głos…”

Nasz dom na Wołomińskiej, wszystkie pamiątki, cenne pamiątki rodzinne… Czwartego września huknęła bomba, to był jedyny taki wysoki dom, świeżo zbudowany z czerwonej cegły z czerwonym dachem. Ulica Ratuszowa była blisko, lotnik pewnie myślał, że to jakiś budynek wojskowy, zrzucił bombę i tam gdzie było nasze mieszkanie powstał ogromny lej. Nas tam nie było na całe szczęście, bo babcia nas nie chciała puścić pierwszego września, po wakacjach. Nastąpiła okupacja. Gdy miałam lat niespełna siedemnaście złożyłam przysięgę przed paulinem ojcem Bolesławem Wartałowiczem, który z ramienia AK przyjął moją przysięgę. Przez rok byłam łącznikiem. Przenosiłam potrzebne rzeczy, czasami broń, czasami tak zwaną bibułę. Nie było to bezpieczne, ale nasze pokolenie lubiło niebezpieczeństwo. Potrzebna była nam ta adrenalina. Później, po śmierci naszego ojca Wartałowicza zamordowanego w obozie gestapo Greco Modlin, przejął jego funkcje ksiądz profesor Beliński i on pomógł zorganizować tajne nauczanie, w którym wzięłam udział. Tajne nauczane początkowe było o tyle niebezpieczne, że to były małe dzieci, 7-8 letnie, i problemem było utrzymanie w takich drobiazgach potrzeby konspiracji. W takim razie dzieci przychodziły do mojej siostry, która miała 7 lat, i wmawialiśmy im, że się bawią w szkołę. Dostawały jakieś słodycze, o ile babcia upiekła coś lub owoce. Nęciło ich to. Uczyłam wtedy ośmioro dzieci, a uczyłam dziwacznie. Zdawałam sobie sprawę z niebezpieczeństwa, Armia Krajowa plus tajne nauczanie to czasami kończyło się karą najwyższą.

ŁR: Czy zdarzały się naloty?

IT: Do dziś płacę koszty tego, trzeba było się ukrywać i to bardzo mocno. W lecie można było uciekać i chować się pośród kwitnących roślin, ale w zimie, mój wuj wykopał coś w rodzaju takiej piwnicy, nad tym były deski które się podnosiło, a w niej było łóżko mojej babci. I tam zdarzało się mi nocować. Było ciemno, zimno i mokro.

D: A czy zdarzały się sytuacje gdzie zostaliście przez kogoś wydani?

IT: Tak. Ostatnie pół roku tajnego nauczania szukało mnie Gestapo. Niestety były to takie panienki lekkiego prowadzenia, które się zadawały z miejscowymi żandarmami. I to od nich poszło. Niestety wieś była mała, wszyscy się znali i wszyscy o wszystkim wiedzieli.
Przeczytam jeden z moich wierszy:

Maj 1942
Jeżeli przyjdzie
Niechaj będzie szybka

w głowę lub serce
…a potem milczenie

Jeżeli przyjdzie
Niechaj będzie litosna
Niech jej nie niesie
Cierpienie – więzienie

Choć jej się lękam
Chodzę z nią pod rękę
W nos się jej śmieję

dziś cieszę się wiosną
Choć jej się lękam
Słońce co dzień grzeje
I kwiaty zrywam
Póki jeszcze rosną…

DG: przebija z niego świadomość nieuchronności losu, możliwość i zagrożenie

IT: Możliwość. A taki wiersz, który napisałam na początku listopada 1939 r.

Listopad 1939
Spadł pierwszy śnieg
A chociaż drzewa jeszcze zielone
Przystroił je
W płaszcze perłami wysrebrzane.

A wiatr co z pól
Pastuszych piosnek ukradł echa
Nawiewa ból
Gdzieś w serce
Choć się uśmiechnąć.

Bo chociaż dziś
Śnieg zimnym płaszczem
Zieleń kryje
Ufna jest myśl
Że przyjdzie wiosna
Polska żyje!

Wtedy miałam 14 lat.
Wracam jeszcze do ulicy Otwockiej. Ostatni rok przed ukończeniem szkoły podstawowej spędziłam u dziadków, prywatne lekcje brałam, bo miałam bardzo zagrożone płuca. Potem zdałam egzamin do gimnazjum na Konopackiej i miałam tam uczęszczać.

DG: Jak Pani wspomina szkołę w tamtych latach szczególnie w porównaniu do obecnej sytuacji?

IT: Ciepło, bardzo ciepło. Dzieci się przyjaźniły. Nie było takiej różnicy pomiędzy tymi, którym się pomagało, a tymi, które tej pomocy potrzebowały pomiędzy tymi, którzy pomagali, a tymi, którzy tej pomocy potrzebowali. Była tam serdeczna przyjaźń i samopomoc. Szkoła temu patronowała. I ten klimat, na Otwockiej, do tej pory chyba przetrwał. Jak byłam tam ostatnio na spotkaniu czułam się tam bardzo dobrze, chociaż nikogo już niestety nie było z mojej klasy. Szkoła ta zawsze otaczała dzieci szczególną opieką, szczególnie z tych najbiedniejszych rodzin, a bezrobocie panowało wtedy bardzo. To się odczuwało w bolesny sposób. Szkoła się bardzo zmieniła. Jedyne co zostało to moje opłakane drabinki na ścianie. Byłam słaba, chudzielec. Nie umiałam się po tych drabinkach wdrapać do góry. Nie wiem czemu miałam czwórkę z gimnastyki, bo nie należała mi się ona. Wszystkie lekcje zaczynaliśmy od marszu dookoła sali gimnastycznej, sala została ta sama i w tym samym miejscu, i śpiewaliśmy:

„…Maszerują chłopcy maszerują,
karabiny w ręku,
szabli strój… a nad nimi drzewa salutują…”

Itd. I tą pieśnią rozpoczynaliśmy zajęcia w szkole, i modlitwą oczywiście. Szkoła była bardzo religijna, bardzo patriotyczna, bardzo ,,piłsudska’’. „Dziadek” był ukochanym naszym dziadkiem, mówię o Marszałku. Kiedyś mój ojciec był ochotnikiem legionistą. Został ranny na wschodzie. I na jakieś spotkanie z Marszałkiem mnie zabrał, to do dziś jeszcze pamiętam jak mnie Piłsudski po głowie pogładził i powiedział „idź, pobawisz się z dziećmi”. Nie mogę zapomnieć tej szkoły i tej piosenki.

DG: Opowiadała nam Pani o szkole przed wojną, jakie są Pani odczucia co do zmian, jakie zaszły w edukacji i stosunkach międzyludzkich tutaj na Pradze po wojnie?

IT: A to dobre pytanie. Teraz powoli szkoła zaczyna wracać klimatem patriotycznym do tej szkoły, którą ja pamiętam. Ale był okres taki, że my w domu baliśmy się mówić przy dzieciach o Katyniu, baliśmy się mówić o wszystkich sprawach, takich jak o siedemnastym września, ponieważ podręczniki przez dłuższy czas milczały. W takim klimacie wyrastały moje dzieci. Baliśmy się mówić o siedemnastym września, o Katyniu i wielu, wielu ciemnych plamach na historii Polski. Dzieci są szczere, mogły się gdzieś wygadać, a to skończyłoby się bardzo źle. Musieliśmy te rzeczy ukrywać przez dłuższy czas dopóki dzieci nie dorosły. Dopiero wtedy można było z nimi rozmawiać szczerze. Ale póki jeszcze były dziećmi w szkole podstawowej, trzeba było uważać. Więc ta szkoła teraz obecna wraca, i to wyniosłam właśnie z tego spotkania w szkole na Otwockiej, do dawnego klimatu. Poczułam się tam ciepło i swojsko. Tylko z tą różnicą, że teraz szkoły są bardziej wspierane finansowo. Kiedyś, tak, jak ja pamiętam szkołę na Otwockiej kiedy ja tam byłam uczennicą, wtedy komitet rodzicielski załatwiał wszystko, tą całą pomoc biedniejszym dzieciom. Pomoc spoczywała finansowo w gestii komitetu rodzicielskiego, bogatsi rodzice pomagali tym najbiedniejszym.

DG: To budowało większą współprace społeczną.

IT: Oczywiście. Teraz, w tej chwili, mówi się śmiało o patriotyzmie. Są spotkania, pieśni i tak dalej, ale nie ma jednego, najważniejszego. Istnieje taki bolesny rozłam, bolesna różnica pomiędzy dziećmi z bogatych rodzin, gdzie są 2-3 samochody, a dziećmi, które może nawet i właściwego odżywiania nie mają. Wtedy pomagali rodzice, bo ta pomoc była konieczna, ponieważ skarb państwa był bardzo ubogi, i trzeba było się ratować. Teraz te różnice wymagają jakiejś korekty. Ryba psuje się od głowy. Tam gdzie są grube, grube tysiące, nawet miliony, z czego one rosną? Z krzywdy tych najbiedniejszych. I ten klimat też jest widoczny w szkole. Czasami są kliki dzieci bogatych. Nie ma tego klimatu współpracy. Brakuje mi tego, co było w moim pokoleniu. Obecnie przymusowe papierkowe roboty zajmują nauczycielom zbyt wiele czasu i brakuje go dla ucznia. Brak czasu na właściwe wychowanie.

DG: Chciałam zapytać o Pani odczucia na temat Powstania Warszawskiego od zewnątrz. Wspominała Pani, że nie była Pani w tym czasie w Warszawie, natomiast chciałabym poznać pogląd na ten zryw, na tę inicjatywę, i jego odbiór poza miastem przez ludzi niemających możliwości udziału w nim?

IT: A może ja znajdę fragment z opowieści o moim ojcu, którą piszę.

DG: Pani pokolenie i pokolenia wcześniejsze odznaczały się wielkim duchem walki, mam dla nich wielki szacunek. Moja prababcia na przykład pod nosem gestapowców prowadząc krowy na łańcuchu, w fartuchu, pod warstwą kartofli przemycała chłopakom z Puszczy Białowieskiej granaty. Nie wiem czy nasze pokolenie byłoby do tego zdolne.

IT: Właśnie na tym polegało moje bycie łączniczką. W odzieży wiejskiej, połatanej, niosłam koszyk, jakąś motyczkę. W tym koszyczku na wierzchu były jakieś ziemniaczki albo jabłuszka, a na dole była broń. I się wędrowało do Warszawy.

ŁR: A miejscowość w której Pani spędziła wojnę jak się nazywała?

IT: Wrona. Tam gdzie mieszkaliśmy u dziadków, w lesie rozbili sobie obóz żołnierze. Alzatczycy. Żołnierze, który zamiast „heil Hitler” mówili „drei Liter”. Ja zaprzyjaźniłam się z taką Niemką która była z Bawarii. Bawarczycy, Alzatczycy byli bardzo mocno przeciwko Hitlerowi, tylko się bardzo bali. A przede wszystkim mieli tą ogólnoniemiecką wadę „Befehl ist Befehl” – „rozkaz to rozkaz”. Pozostało z tego okresu wspomnienie bardzo dziwnej wigilii. Przy jednym stole siedzieliśmy razem, żołnierze Wehrmachtu, żona Jupa Bawarczyka, który właśnie mówił „drei Liter”, uciekinierzy z Warszawy i cała nasza rodzina. Wśród żołnierzy było kilku Ślązaków, który przy powitaniu zamiast „heil Hitler” też mówili „drei Liter” , ci który znali kolędy śpiewali je razem z nami, żona Jupa próbowała „Stille Nacht, Heilige Nacht”. Żołnierze mieli łzy w oczach. Jeden z nich powiedział coś w rodzaju: „hier sind nicht Deutchem, keinen Polen, hier sind die Leuten und stille Nacht, heilige Nacht” – „tutaj nie ma żadnych Niemców, czy Polaków, są tylko ludzie i cicha, święta noc” . Jeden z żołnierzy wywołał mnie dyskretnie do sieni wręczając mi duży wór szepnął: „doj tem od Warszawy, nikomu nie godoj”, to „godoj’’ to chyba było śląskie. Były w tym worku zebrane wspólnie od żołnierzy używane swetry, skarpety i koce. Dla marznących uciekinierów z Warszawy prawdziwy skarb. Takie było ludzkie oblicze wojny. Ten żołnierz na wydany rozkaz na pewno by zabijał, gdy nie musiał po prostu był człowiekiem. A może mogę poprosić byście to przeczytali?
„Front się zbliżał. Dookoła było słychać nieustający grzmot dział. Do baraków zbudowanych około naszego domu przyjeżdżały samochody pełne plecaków po zabitych Niemcach. Kilku starych wermachtowców segregowało ich zawartość. Była to bardzo przykra czynność. Często w plecakach była krew. Należało odłożyć osobno fotografie i listy a osobno rzeczy, które się mogły przydać innym. Było tego coraz więcej. Często zdarzały się listy napisane do rodziny, których poległy nie zdążył wysłać. W plecakach były też zwane przez żołnierzy „eiserne Ration” – żelazne porcje, ale jakże skromne. Mała paczka sucharów, nieduża puszka konserw i tabliczka czekolady. Te skrupulatnie odkładano dla żywych. Nie wiem jak było na innych frontach, być może historycy i inni pisarze widzieli to inaczej, ale według mnie i według tego co ja na tym małym przyfrontowym odcinku zdołałam zapamiętać to, że żołnierze niemieccy byli po prostu biedni. I może dlatego, może dlatego w obliczu zbliżającej się przegranej, wzmagały się wśród nich nastroje antyhitlerowskie. Nie kryli swego rozgoryczenia przed ludnością polską. Bali się o swoje rodziny w bombardowanym Reichu, grozą przejmowała ich myśl, że mogą się dostać do niewoli sowieckiej wiedząc, że Rosjanie mają prawo do słusznego odwetu za bardzo złe traktowanie przez hitlerowców jeńców radzieckich. Niektórzy z nich chomikowali na wszelki wypadek starą odzież cywilną marząc o dezercji. Wiedzieli jednak, że takie próby kończą się natychmiastowym rozstrzelaniem. Nie było już w nich ducha bojowego. Pozostał strach i rozpacz. Połączone to było jednak ze ślepym niemieckim nawykiem do wykonywania rozkazów. To już nie była butna zwycięska armia z 39′ roku. W ich przygaszonych oczach została klęska. Gdy na wojnę i historię patrzymy z dystansu nienawiść, uprzedzenia są usprawiedliwione, lecz gdy w obliczu nieszczęścia spotyka się jeden uczciwy człowiek z drugim uczciwym człowiekiem, wtedy jego ból może budzić jedynie współczucie. Takie dalekie od satysfakcji były i nasze odczucia w tamtych tragicznych dniach styczniowych 45′ roku. Niemcy uciekali. Radość mieszała się z obawą podsycaną przez życzliwych nam żołnierzy. <>.
Ziemia drżała od huku dział. Samoloty siały śmierć na drogach zapchanych uciekającymi Niemcami. Front zbliżał się szybciej niż się spodziewaliśmy. Do naszego domu wpadli SS-mani w czarnych mundurach. Jeden z nich, pewnie dowódca, zaczął krzyczeć: <>. Ojciec w pośpiechu zaczął pakować co cenniejsze przedmioty ładując je na wóz. Do tego potrzebna była mu beczółka. Wyrzucił z niej zamarznięte w gnojowisko ogórki. Przykro było patrzeć jak na te zabrudzone, kiszone ogórki rzucili się niemieccy żołnierze. Znikła gdzieś ich kultura i higiena. Jedli prosto z brudnej ziemi, dławiąc się z pośpiechu. Za chwilę ogórki zniknęły. Jakiś oficer przysiadł na chwilę patrząc tępo w okno. Tak smutnych oczu, w których czaiła się śmierć, bez sensu i nadziei, nie zapomnę.
A potem rozpętało się piekło. Pociski padały na podwórko. Oszalałe konie poniosły wóz z cały dobytkiem. Chwyciłam dwunastoletnią, krzyczącą ze strachu siostrę uciekając z nią do najbliższych sąsiadów, gdzie na ich podwórku Niemcy budowali bunkier. Dookoła świstały kule. Jakiś dowódca strzelał do swoich żołnierzy cofających się w popłochu. Pandemonium. Modliłam się tylko w duchu, że gdy nas trafi jakaś kula, to żeby lepiej we mnie niż w Marylkę. Osłaniałam ją obszernym płaszczem mamy, który włożyłam w popłochu. Kula trafiła, ale na szczęście pomiędzy mnie a siostrę przebijając tylko płaszcz. To był prawdziwy cud. Ostatkiem sił wbiegłyśmy do bunkra. Siedziało tam jeszcze kilkanaście osób. Między innymi był tam wuj Edmund z żoną i dzieckiem, ciotka Wanda i babcia Eleonora. Nie było moich rodziców. Byłam przerażona, nie wiedziałam czy żyją. O moich obawach nie mówiłam ze względu na Marylkę gdyż biedactwo i tak było bliskie załamania nerwowego. Jedna z sąsiadek zaczęła głośno lamentować, że spłoną jej stogi zboża. Jej obłąkany jazgot działał wszystkim na nerwy. Obrzuciłam babę wiązanką, której nigdy nie używałam. Zszokowana umilkła. W otworze bunkra stanął obwieszony granatami esesman. Wyciągnął granat. Śmierć stanęła nam w oczach. Zanim wyciągnął zawleczkę ktoś strzelił mu w plecy i niegroźny pocisk potoczył się po schodach. Któryś z chłopców, zdaje się że to był Zdzisiek Ziółkowski, szybko podniósł go, prawdopodobnie chciał wynieść z bunkra, ale nie zdążył. W drzwiach pokazał się pucołowaty chłopak z czerwoną gwiazdą na futrzanej czapce: „Giermanców sjuda niet”
Więc się stało, Niemców już nie ma. Dookoła trwała jeszcze strzelanina. Żołnierze sowieccy nie pozwolili nam na wyjście z bunkra. Zapadła noc. Cały czas myślałam tylko o nieobecnych rodzicach, czy jeszcze żyją. Gdy wreszcie pozwolono nam wyjść, nad Wroną unosiła się wielka łuna. Wieś płonęła. Pobiegliśmy do naszego domu, rodzice na szczęście byli cali i zdrowi. Nie zdążyli po prostu dobiec do bunkra gdy wywiązała się ostra strzelanina. Pozostali w naszej piwnicy gdzie mama postawiła metalowy krucyfiks. Kula przecięła go na pół. „To znak boży” mówiła babcia Eleonora.
Dookoła na śniegu czerniły się zwłoki żołnierzy. Pod stogami sąsiadki Głażewskiej, tej która o te stogi tak lamentowała, dobiegł mnie jęk. Podbiegłam w tamtym kierunku. Pod słomą w stygnącej kałuży krwi leżał młody krasnoarmiec jęcząc coraz ciszej „Mamasza… mamasza”. Pochyliłam się nad nim, miał urwaną nogę, buchała z niej krew. Szybko wyciągnęłam pasek od sukienki i ścisnęłam na kolanem. Zaczęłam głośno wołać. Przybiegli jacyś żołnierze i wzięli go na nosze. „Sposiba wam dziewoczka”. Pobiegłam dalej. Wszędzie trupy, trupy. W oddali zaczęły wyć psy. Uczyniło się straszno. Po raz pierwszy, i daj Boże ostatni, zobaczyłam krwawe żniwo wojny.
Nazajutrz obudziłam się, zdałam sobie sprawę że śpię w palcie na podłodze naszego pokoju. Dookoła w paltach i butach powaleni śmiertelnym zmęczeniem chrapią moi bliscy, sąsiedzi, a nawet kilku żołnierzy radzieckich. Cichutko przekraczając całe śpiące pobojowisko wyszłam na zewnątrz. Dookoła gruzy moich rzeźb, duże figury, które dekorowały nasz ogródek, a które tak pieczołowicie lepiłam z gliny i z piasku, leżały w śniegu. W szafie tkwił duży niewypał pocisku. Nie wiem jakim cudem, pomimo tak wyraźnych śladów ostrzału, dom nie spłonął. A dalej niczym ślady trupy żołnierzy niemieckich na wpół już rozebrane, świeciły szklanymi źrenicami w mroźny, słoneczny i obojętny na ludzkie cierpienie poranek.
Znikła cała moja nienawiść do wrogich wermachtowców. W obliczu śmierci pozostał żal za ich młodym życiem. Modliłam się o wieczne dla nich spoczywanie. I wtedy zrozumiałam, że ideologia dorabiana do każdej wojny służy tylko tym, który z wojny korzystają powołując do władzy nieodpowiedzialnych szaleńców. Ci który walczą, walczą w dobrej wierze, trupami znacząc pyrrusowe zwycięstwa i niezawinione klęski. W obliczu śmierci są sobie równi. Równe współczucie budzili we mnie ranni żołnierze radzieccy, jak i rozrzucone po polach trupy wermachtowców. Niektórzy dzieci prawie. Po jednych i po drugich będą gdzieś płakać najbliżsi.
Front radziecki przetoczył się szybko prąc na zachód. Żołnierze byli brudni, głodni, nieludzko zmęczeni. W naszych stronach nie odnosili się źle do ludności, prosili tylko o żywność i kwaterę. Jedyną tylko ofiarą była krowa ojca, którą zjedli zaraz pierwszego dnia po wkroczeniu. Nastała nowa rzeczywistość. Trudno było w naszym położeniu nazywać ją wolnością. Ojciec bał się, nie bez przyczyny, czy ktoś nie przyczepi się do jego patriotycznej przeszłości. Nie miał ochoty ani siły woli wyrywać się z zaklętego kręgu niedostatku. Straciliśmy przecież wszystko. Sprytniejsi, bardziej przedsiębiorczy próbowali się jakoś urządzić. Wielu lokowało się w miejscowych urzędach, wielu kupowało za bezcen domy pożydowskie, ojciec się tym brzydził. Jedynym i niezbyt fortunnym wyjściem było pozostanie na miejscu. A tu trzeba było zaczynać od początku. Ojciec nie był rolnikiem, popełniał wiele błędów na których się nie uczył. W końcu polubił swój odziedziczony po dziadku kawałek ziemi, która powoli zaczęła przynosić pewne plony. Mama bierna i posłuszna pracowała ciężko, skarżyć się nie umiała.”

IT: Dostałam ostatnio książkę, jeszcze jej nie przeczytałam. Uważam, że bohaterom Powstania należy się najwyższa cześć, ale tym który dopuścili do tego Powstania, trudno wybaczyć. Trudno wybaczyć, ponieważ wydając rozkazy nie brali pod uwagę możliwych skutków. A skutki były straszliwe. Po prostu zaufali. Uważali, że Stalin przekroczy Wisłę, że wszystko będzie po kliku dniach w porządku. No nie było tak. A byli ludzie, którzy przewidywali to, i chodziło im o to by jakoś umocnić swoje znaczenie, ale nie wiedzieli, że w Warszawie oprócz domów, które będą zburzone, będą ludzie, którzy poginą. A to było do przewidzenia. Na pewno wiedzieli to, robili to świadomie. Nasze pokolenie mówi „bohaterom cześć, ale tym, co projektowali to siedząc daleko w bezpiecznych bunkrach cześć się nie należy”.

ŁR: Czy miała Pani sytuację gdzie Pani była zatrzymana czy przesłuchiwana w trakcie wojny?

IT: Chyba jestem nawet rejestrowana. Jednak to nie była sprawa polityczna, czy może raczej ktoś był bardzo złym człowiekiem. Po wojnie było bardzo ciężko o pracę, szczególnie z niewłaściwym pochodzeniem. Dostałam pracę w prokuraturze, prokuratora Majewskiego zatrzymano, a moim zwierzchnikiem potem został prokurator Medererer pochodzenia judaistycznego. W oddziale trzynastym, który zajmował się zbrodniarzami wojennymi, był sejf do którego mieliśmy tylko on i ja klucze. W pewnym momencie Urząd Bezpieczeństwa zainteresował się jednym ze zbrodniarzy. Dokumenty, akta tego pana zniknęły z sejfu. Pan Medererer oczywiście twierdził, że to nie on, i mnie przesłuchiwano parę razy. Nie pobito mnie, ani paznokci nie wyrywano, ale miałam trzymiesięczną córeczkę w domu a tu mnie wzywano na te bardzo nieprzyjemne rozmowy. I cudem udało się jakoś uniknąć gorszego przebiegu, bo parę tygodni później znaleziono te akta u jednego pana mecenasa kolegi tego pana prokuratora. My z mężem wtedy przeprowadziliśmy się poza Warszawę, bo on skończył studia i dostał dobrą pracę poza. Jednak parę lat później spotkałam pewną miłą panią na ławce w parku i się dowiedziałam, że trafiłam przez to nawet do Internetu.

ŁR: A jak odbierano całą sprawę Księdza Popiełuszki?

IT: Bardzo bezpośrednio. Mój syn, którego obrazy i rzeźby Państwo oglądają, urodził się, lub stało się to w pierwszych miesiącach życia, z urazem nerwu słuchowego. Głuchy był, zupełnie nie słyszał. Dla niego zrobiłam logopedię po studiach polonistycznych. Potem gdy go uczyłam mowy, ja byłam zmęczona, on był zmęczony. W szkole nie było mu łatwo, ponieważ te szkoły w tamtych czasach były pozornie dobre ale to nie była dobra szkoła. Dzieci niesłyszące nie miały właściwych warunków, aby nauczyć ich słyszeć. W efekcie jednak wysiłków mój syn normalnie mówił. Patrzył na usta, patrzył z ukosa i mówił normalnie. Tak normalnie mówił, że kiedyś policja błagała, aby był dla nich tłumaczem, by pomagał im w tłumaczeniu tych wszystkich nagranych kamerami ludzi. Syn świetnie czytał z ust. Policji taki ktoś był bardzo potrzebny, ale syn nie chciał. To nie było bezpieczne.
Ale wracając do pytania, z tego zmęczenia ciągłymi ćwiczeniami syn popadł w depresję. Był zmęczony, trudno mu było pozbierać się z tym wszystkim. Tak bywa niekiedy, że ludzie uzdolnieni w jakimś kierunku też są bardzo wrażliwi. Leczył się u prof. Dąbrowskiego, który napisał „Dezintegrację pozytywną”. Profesor zaprosił mnie i Janusza na spotkanie z panią dyrektor szkoły w Peru. Przyjechała do Polski zorientować się. Stroną medyczną opiekował się ksiądz Popiełuszko. Profesor przedstawił Janusza, że on tak świetnie mówi i wtedy Popiełuszko serdecznie uściskał Janusza. Janusz mówił, że poczuł jakby po nim prąd elektryczny przebiegł. Wyobraźcie sobie, że Januszowi po jakimś czasie ta depresja przeszła. Taki był kontakt, bardzo bezpośredni.

ŁR: Czyli wiadomość o zamordowaniu księdza była bardzo wstrząsająca?

IT: Cały wieczór, całą noc tam w kościele wszyscy się modlili, błagali o to by żył. Nocowaliśmy wtedy pod kościołem.

ŁR: Dziękujemy. Czy może chciałaby Pani coś od siebie powiedzieć mieszkańcom Pragi?

IT: A może ja przeczytam wiersz? Napisałam go 3-4 lata temu. Aby klimat pozostał praski aby ta Praga była taką jaką byśmy ją chcieli widzieć: czysta, uczciwa ale historyczna. Żeby pamiętać o korzeniach.

Dzwony Floriana
Przez parkowe aleje
Pachnie fala wiślana
Mostem Śląskim wiatr wieje
Dzwonią dzwony Floriana.

Można z miłym się spotkać
Co sobota, niedziela
Przed kwiaciarnią Stokrotka
Gdzie gra praska kapela.

Przez Targową, Floriańską
Pachnie majem i piwem
Olszową, Jagiellońską
Idą pary szczęśliwe.

Przez Panieńską, Blaszaną
Prosta droga do Wisły
Słońce świeci od rana
I słoneczne są myśli.

W parku wiosną zielonym
Masz do szczęścia już wszystko
Kościelne dźwięczą dzwony
I do domu jest blisko.

A w parku na ławeczce
Siedzi para sędziwa
Spacerować już nie chce
On stary – ona siwa*.

Przed laty w tę niedzielę
Wesele w Luna Parku
…tu blisko, w tym kościele
Był ślub – pamiętasz Walku?

Dawniej lepiej bywało
Łza się z oczu wymyka
Tańczyło się, śpiewało
…Pomnisz Geniu Piecyka?

Coś tam cicho gadają
Snują dawne wspomnienia
Młodość przypominają
Ona Walek – ona Genia.

Był Piecyk, Walek, Genia
Były żarty w Kurierku
…takie miłe wspomnienia
Tak miło było w Parku.
Chodź Geniu Ratuszową
Już dzwonią na nieszpory
Nasz ślub… było majowo
Jak dziś… i do tej pory.

Do tej pory nad mostem
Pachnie fala wiślana
Życie jest takie proste
Dzwonią dzwony Floriana.
(Warszawa, rok 2016)
*Walek i Gienia to bohaterowie Wiecha.

Może Asnyka przytoczyć?
„szukajcie prawdy jasnego płomienia!
Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg…
Za każdym krokiem w tajniki stworzenia
Coraz się dusza ludzka rozprzestrzenia,
I większym staje się Bóg!
[…]
Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,
Choć macie sami doskonalsze wznieść;
Na nich się jeszcze święty ogień żarzy,
I miłość ludzka stoi tam na straży,
I wy winniście im cześć!
Żeby Praga nie zapomniała i tej krwi przelanej, wtedy gdy Suworow swoim wojskiem miażdżył Pragę, żeby Praga nie zapominała tego swojego klimatu, tego swojego piecyka, tego Walka i tej Gieni. Żeby pamiętała, ale jednocześnie stała się konkurencyjną pod względem komunikacji, czystości, budownictwa, kultury i żeby była równa Warszawie.

Rozmawiali Delfina Gerbert i Łukasz Russa

Sprostowanie

W poprzednim wywiadzie (Myśl Praska, Grudzień 2019), którego udzieliła nam p. Renata Wilczyńska doszło do pomyłki w nazwisku p. Ireny Tomasińskiej, którą przedstawiono jako p. Irenę Tomasik, oraz podana została nieprawdziwa informacja o tym, że p. Irena brała udział w Powstaniu Warszawskim. Jak wspominała p. Irena była w tym czasie poza Warszawą. Jedynie co ją wiązało z Warszawą to organizowanie dla powstańców i ludności cywilnej, której udało się opuścić zrujnowaną stolicę – mieszkań, odzieży leków i żywności. Za błąd serdecznie przepraszamy.

Napisz komentarz

Twój e-mail nie będzie opublikowany.