Bezdomność

Bezdomność

W Polsce obecnie mamy ok. 30 tysięcy osób bezdomnych, z czego większość to mężczyźni (dane z 2019 roku z okruszek.pl), najmniej, ale jednak, jest bezdomnych dzieci. Niestety, liczba osób dotkniętych tym problemem na rok obecny nie jest znana, gdyż badania są przeprowadzane przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Socjalnej raz na dwa lata. Liczby też mogą nie być dokładne, gdyż polegają na przeprowadzaniu sondaży w miejscach, co do których władze posiadają informacje, że tam widywano potencjalnych bezdomnych oraz noclegownie etc.
Najczęstszymi przyczynami bezpośrednimi bezdomności jest wymeldowanie ze stałego adresu zameldowania lub eksmisja, konflikty rodzinne, uzależnienia oraz zadłużenie. Chociaż uzależnienia znajdują się na tej liście, stanowią one, wbrew popularnym mitom, jedynie niewielki odsetek przypadków. Ja też byłam bezdomną. Wiele osób widząc bezdomnego reaguje nieprzyjaźnie, jeśli nie otwarcie wrogo. Osoba bezdomna od pierwszego momentu otrzymuje przestarzałą etykietkę „narkoman/alkoholik”.
Może i tak rzeczywiście było w latach 70-tych czy 80-tych, jednak czasy się zmieniają a, niestety, ludzka mentalność zdaje się pozostawać w miejscu. . A wystarczy na chwilę się zatrzymać i porozmawiać, by przed człowiekiem otworzył się inny świat. Odrobina empatii… tak, wiem, to taka super moc, którą zdaje się mają tylko nieliczni. Osobiście wylądowałam na bruku tuż po studiach. Zostałam wymeldowana ‘w powietrze’ przez moją matkę. Przyczyną nie były narkotyki, złe towarzystwo czy wybryki… byłam wzorowym studentem – na liście dziekana ze względu na oceny, stypendystką, sekretarzem senatu studenckiego… ale nie chciałam spełniać marzeń matki względem mojej osoby, nie chciałam być tym, kim jej się marzyło, bym była.
Znalazła podstawę, by mnie wymeldować – przebywałam za granicą na studiach – i tyle. Hak, by mieć kontrolę. Pod koniec lat 90-tych i na początku wieku oznaczało to koniec. Nikt nie chciał zatrudnić nikogo bez meldunku, wynająć mieszkania też się nie dawało i w urzędach też niewiele można było. Mi się udało, bo spotkałam na swojej drodze parę osób, które mi rękę podało, dało czasowy meldunek, zatrudniło pokątnie po to, bym również pokątnie mogła jakieś obdrapane i zapuszczone lokum wynająć i powoli się odkopywać. I jestem im wszystkim i każdemu z osobna dozgonnie wdzięczna. Moja historia wcale wiele nie odbiega od wielu historii na ulicy, miałam tylko trochę szczęścia i spotkałam się z osobami, które nie obawiały się myśleć poza ramami i wyciągnąć rękę. Wielu tego nie doświadcza. Podczas mojego epizodu poznałam sporo osób, wręcz przeważającą większość, która nie trafiła na ulice, bo była uzależniona, trafiła, bo się pokłóciła z najbliższymi i ją wymeldowali i odmówili wpuszczenia do domu; bo mąż był za granicą, a żona w międzyczasie znalazła sobie innego i męża kopnęła w zad, wymeldowując go i ogałacając ze wszystkiego; bo miał/ła problemy psychiatryczne, ale zamiast otrzymać pomocy, otrzymał/ła przysłowiowego kopa na rozpęd. Bardzo łatwo się ocenia nie mając butów drugiej osoby na sobie, bardzo łatwo się szufladkuje.
A jak się już wpadnie w to szambo, to na prawdę ciężko się wykaraskać. Przychodzi depresja, a od niej tylko malutki krok do samobójstwa lub uzależnienia. Wielu bezdomnych bardzo szybko zaczyna chorować, szczególnie psychicznie (depresja to straszna sprawa, nie polecam) i niezwykle trudno jest się z tego wydźwignąć. To często błędne koło, podobne do tego, jakie opisano w postaci pijaka w „Małym Księciu”: ,,piję by zapomnieć, że piję’’ – tak jest z bezdomnością. Będąc bezdomnym nagle tracisz prawo do wszystkiego, wszyscy traktują Cię jak śmiecia, chociażbyś i profesorem był.
Tu przytoczę historyjkę. Jednym z bezdomnych koczujących pod koniec lat 90-tych na warszawskim Dworcu Centralnym był profesor, bodajże fizyki. Trafił na dworzec, bo latami był za granicą zarabiając na dobre życie żony i syna. Wierząc im bezgranicznie, wszystkie rzeczy jakie miał przepisał na żonę lub syna i wszelkie zarobione in plus pieniądze przysyłał do kraju, by kształcić dziecko i by rodzina miała dostatnie życie. Po 15 latach w delegacjach i na placówkach wrócił, i okazało się, że nie ma gdzie wracać. Żona złożyła pozew o rozwód i miała już drugiego partnera i drugie dziecko. Syn zabrał pieniądze zarobione przez ojca i wyniósł się od matki gdzieś za granicę na studia. Żona go wymeldowała, nie zostawiając nic prócz tego, co miał na sobie i z czym do domu przyjechał. Brak meldunku w tamtych czasach oznaczał automatyczne zwolnienie z pracy. Koledzy i przyjaciele zniknęli, bo już nie miał kasy, i nikt, absolutnie nikt mu nie pomógł. Szybko trafił na dworzec. Załamał się, stracił nadzieję i chęć do życia. Potem towarzysz niedoli napotkany na ulicy podał flaszkę. ,,Masz napij się, na chwilę będzie lżej’’. Po jednej chwili nastąpiły kolejne i kolejne… utonął. Szczerze, przechodniu, nim ocenisz, nim rzucisz ten kamień… zastanów się. Spróbuj zrozumieć. Nie oceniaj. Oceniając tylko świadczysz o sobie. Może poświęć chwilę wolnego i pomóż tym ludziom. Wielu z nich, po tym jak osunął im się grunt pod nogami, nie podniosło się, nie dlatego, że nie chciało i chciało tylko pić czy ćpać, nie podniosło się, bo mają przed oczyma tylko czarną dziurę bezsensu, bo każdy tylko kopie i opluwa, bo każdy woli dowartościować się kosztem innych. Czy tak wygląda pomoc bliźniemu? Kochanie bliźniego swego jak siebie samego?

Napisz komentarz

Twój e-mail nie będzie opublikowany.