Gdyby nie Ursus, gdyby nie Radom…

Gdyby nie Ursus, gdyby nie Radom…

Czerwiec 1976 r. miał być zwykłym szarym, nudnym i niczym niewyróżniającym się miesiącem w PRL-owskiej rzeczywistości. Wysoka temperatura, bezchmurne niebo i oślepiające słońce wielu przenosiło na zasłużony urlop. W głowach wielu Polaków nadal siedziały propagandowe hasła tak licznie prezentowane podczas pochodów pierwszomajowych, w których chociaż się nie chciało – trzeba było iść. Nikt nie przeczuwał jednak, że w zaledwie kilka tygodni atmosfera i temperatura wzrośnie gwałtownie, a wszystko przez będących u władzy komunistów.
Ta historia ma swój początek podczas VII zjazdu PZPR w grudniu 1974 r., kiedy Edward Gierek w swojej przemowie stwierdził, że „problem struktury cen podstawowych artykułów żywnościowych wymaga dalszej analizy”. Partyjni działacze już wtedy wiedzieli, że w niedługim czasie nastąpią podwyżki cen. Choć zwrot ten był oficjalnie zakazany, każdy wiedział o co chodzi.
Edward Gierek już wtedy zdawał sobie sprawę z tego, że „luksusy”, nadmierna konsumpcja i polityka życia za zachodnie kredyty zrujnowała gospodarkę. Trzeba było szybko i zdecydowanie coś z tym zrobić. Najpierw trzeba było przygotować na to Polaków. Machina propagandy ruszyła w najlepsze. Dziennikarze robili, co mogli, aby społeczeństwu zakodować, że władza ludowa nie będzie ich krzywdzić, a za ewentualne podwyżki odpowiadają kraje kapitalistyczne. Władza wiedziała jednak, że podwyższenie cen może wywołać protesty. Postanowiono przygotować się zawczasu.
Na początku czerwca 1976 r. w gabinetach i korytarzach Wydziału Prasy, Radia i Telewizji Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wśród kłębów dymu z papierosów dygnitarze partyjni wspólnie z grupą redaktorów naczelnych i dziennikarzy omówili i zatwierdzili kampanię propagandową mającą przygotować ludzi na podwyżki. W tym samym czasie władza, podległe jej resorty i służby rozpoczęły przygotowania do podwyżki cen. Już 10 czerwca 1976 r. minister spraw wewnętrznych gen. Stanisław Kowalczyk podpisał zarządzenie o przeprowadzeniu ćwiczeń „Lato76”. Do życia powołano sztab MSW, którego kierownikiem został wiceminister gen. Bogdan Stachura. We wszystkich województwach powstały lokalne sztaby. Co ważne, komuniści, mając w pamięci wydarzenia z „Grudnia 1970”, zdecydowali o niewyposażeniu funkcjonariuszy w broń palną.
Wszystko zaczęło się 24 czerwca 1976 r.. Radio i telewizja transmituje na żywo prosto z Sejmu przemówienie premiera Piotra Jaroszewicza. Premier nie mydli oczu – ogłasza podwyżki cen podstawowych produktów żywnościowych. Mięso i ryby zdrożeją o 69 proc., nabiał o 64 proc., cukier o 90 proc., a ryż o 150 proc.. Oliwę do ognia dolewa informacja o wprowadzeniu rekompensat. Zarabiający poniżej 1300 zł mieli otrzymać 240 zł, a zarabiający powyżej 6000 – 600 zł. Mimo że podwyżki zostały przedstawione jako projekt, wszyscy wiedzieli, że decyzje już zapadły.
Następnego dnia do centrali MSW napływają meldunki z całego kraju. W całej Polsce zapanował „nastrój niezadowolenia”. Od 7.00 odnotowano 54 strajki. Z minuty na minutę sprawy się pogarszały. Strajkowała Warszawa, Płock, Gdańsk, Elbląg, Grudziądz, Poznań, Wrocław, Szczecin, Radomsko, Starachowice. Władza zdecydowała się działać, zanim „wywrotowcy” podpalą kraj. W sztabie WSW określono „sześć głównych rejonów zagrożeń” ze względu na możliwość na przeniesienie strajku poza zakład pracy. O ile władza spodziewała się, że robotnicy w Ursusie nie będą grzecznie strajkować w swoim zakładzie pracy, to nikt nie brał pod uwagę Radomia, którego „pilnowało” tylko 75 ZOMOwców.
W Radomiu wszystko zaczęło się o 6.30 rano, kiedy w Zakładach Metalowych im. Gen. Waltera nikt nie przystąpi do pracy. 636 robotników udało się pod budynek dyrekcji. Nikt nie chciał jednak z nimi rozmawiać. O 8.10 robotnicy z Radomia wyszli z zakładu. Do idących przez miasto robotników dołączali kolejni z RZPS ,,Radoskór’’, Zakładu Sprzętu Grzejnego, Zakładów Drzewnych i Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. O 10.00 tłum dotarł pod budynek komitetu wojewódzkiego PZPR. Władza wiedziała, że sytuacja jest poważna. Nakazano w trybie natychmiastowym wysłać do Radomia posiłki z Warszawy, Łodzi, Kielc, Lublina. Do opanowania sytuacji drogą powietrzną ściągnięto słuchaczy z Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie.
Pod budynkiem komitetu wojewódzkiego zbiera się coraz więcej osób, tłum się niecierpliwi. Mimo zapowiedzi ze strony działaczy partyjnych, o przekazaniu do Warszawy postulatów strajkujących, nikt nie chce ich słuchać. Czerwone tchórze opuszczają swoją kryjówkę tylnymi drzwiami. Cierpliwość robotników skończyła się. Tłum ruszył na budynek. Rozwścieczeni protestujący wybijali szyby, wyrzucali na bruk portrety Lenina, a na koniec podpalili siedzibę czerwonych. O 15.10 oddziały ZOMO docierają do centrum Radomia. Rozkaz jest jeden „pacyfikacja i rozprawa z protestującymi’’. Na ulicach Radomia dochodzi o regularnej bitwy. Kamienie i butelki z benzyną przeciwko pałom i armatkom wodnym i gazom łzawiącym. Wśród protestujących przypadkiem znalazł się również ksiądz Roman Kotlarz, który opuścił „zgromadzenie”, ale przy kościele Świętej Trójcy ze schodów pobłogosławił protestujących, czyniąc znak Krzyża. Po powrocie na plebanię i po docierających informacjach o prześladowaniu robotników głosił kazania, w których upominał się o ich prawa. Za swoją niezłomną postawę zapłacił najwyższą cenę. Szykanowany, prześladowany, bity, a następie zamordowany przez bestie z SB.
Ksiądz Roman Kotlarz to nie jedyna śmiertelna ofiara protestów w Radomiu. W wyniku nieszczęśliwego wypadku śmierć poniósł Jan Łabęcki i Tadeusz Zabęcki. Zostali oni przygnieceni przez przyczepę wypełnioną betonowymi płytami, którą pchali na nacierające jednostki ZOMO.
Mimo, że o 20.00 władza wycofała się z podwyżek, w Radomiu walki trwały do godziny 21.00
Radom był centralnym punktem tych wydarzeń, ale w tym samym czasie robotnicy w Zakładach Mechanicznych Ursus strajkowali od rana. W ramach protestu udali się na pobliskie tory, które łączyły Warszawę z Łodzią, Poznaniem i Katowicami. Tysiąc osób siedzących na torach utworzyło żywy mur, który był twardy jak stal. Aby trwale zablokować ruch pociągów, protestujący robotnicy próbowali przeciąć szyny, gdy to się nie udało rozkręcili je, a w wyrwę wepchnęli lokomotywę. Dopiero o 21.30 nastąpiła interwencja ZOMO.
Wydarzenia w Ursusie i Radomiu poważnie zachwiały autorytetem Edwarda Gierka. W celu ratowania wizerunku wydał dyspozycję zwołania wielotysięcznych wieców i uruchomienia kampanii propagandowej, która miała potępić „zadymiarzy” z Radomia i Ursusa. Tego dnia w całej Polsce strajkowało ok. 80 tys. osób z 97 zakładów i 24 województw. W Radomiu na ulice wyszło ok. 20 tys. osób. W wyniku represji aresztowano 634 osoby, 272 skazano na kilka miesięcy lub nawet 10 lat więzienia. Wielu z robotników zostało zwolnionych z pracy lub otrzymało wilcze bilety. Symbolem wydarzeń 1976 r. stała się „ścieżka zdrowia”. Taki właśnie był ten gorący czerwiec 1976 r.. Okupiony krwią, potem, łzami i dramatem wielu rodzin. Był też pierwszym sukcesem. Pierwszy raz w historii PRL władza porzuciła swoje plany. Wydarzenia w Ursusie i Radomiu po raz pierwszy połączyły siły robotników i inteligencji. Represjonowani mogli liczyć na pomoc finansową, opiekę medyczną i prawną. W efekcie zbliżenia środowiska robotniczego i inteligenckiego powstał Komitet Obrony Robotników, a następnie w marcu 1977 r. ROPCiO. Efektem czerwca 1976 r. było również powstanie Solidarności, a następnie odzyskanie wolności i zakończenie „czerwonej okupacji”.

Napisz komentarz

Twój e-mail nie będzie opublikowany.