Polacy ratujący włoskich jeńców wojennych podczas niemieckiej okupacji. By nie zapomnieć…

Polacy ratujący włoskich jeńców wojennych podczas niemieckiej okupacji. By nie zapomnieć…

Po bitwie pod Stalingradem, kiedy armia włoska poniosła ogromne straty w ludziach i sprzęcie wojskowym udział Włoch na froncie wschodnim był już nieznaczny. Żołnierze włoscy byli zupełnie nieprzygotowani do warunków klimatycznych na Wschodzie, m. in. kompletny brak wyposażenia chroniącego przed deszczami i silnymi mrozami. Rannych i pozostałych przy życiu zaczęto odsyłać do Włoch. Ewakuacja trwała do 22 maja 1943 r. Ogromne straty włoskiej armii przyczyniły się w dużej mierze do odsunięcia Benito Mussoliniego od władzy 25 lipca 1943 r.. W dniu 13 października 1943 r. król Włoch Wiktor Emanuel III ogłosił wypowiedzenie wojny Niemcom i Japonii. W odwecie Niemcy aresztowali żołnierzy włoskich, których nie zdążono ewakuować z frontu wschodniego do Włoch i osadzali w tworzonych specjalnie dla nich obozach jenieckich na terenie Związku Radzieckiego m. in. w okolicach Lwowa i na terenie okupowanej Polski, np. na terenie Twierdzy Dęblin, Zajezierzu, Siedlcach, Żaganiu-Świętoszewicach, Chełmie Lubelskim, na terenie Warmii i Mazur, w obozach koncentracyjnych: Majdanku, Bełżcu, Treblince. W Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie dotarłam do dokumentów – zeznań, opisujących niemieckie zbrodnie na włoskich jeńcach. Wybrałam kilka z nich. Zeznania Polaków, którzy byli świadkami zbrodni popełnionych przez Niemców na włoskich żołnierzach-jeńcach wojennych, osadzonych w niemieckich obozach jenieckich po październiku 1943 r. są wręcz porażające. Polacy nie tylko byli świadkami niemieckiego barbarzyństwa, ale często ryzykując życiem pomagali jeńcom włoskim. Z zeznań świadków, prowadzonych po wojnie przez Ministerstwo Sprawiedliwości w Warszawie– Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce wynika, że Polacy odnosili się serdecznie do jeńców włoskich, a widząc, że Niemcy nie zaopatrywali wystarczająco transporty z jeńcami i obozy w żywność, często z narażeniem życia, w miarę możliwości zaczęli dostarczać pożywienia i ciepłych napojów. Dnia 18 kwietnia 1962 r. w Sądzie Powiatowym w Garwolinie, świadek Stanisław Posłuszny, zeznał: „Pracowałem w czasie okupacji hitlerowskiej w twierdzy Dęblin jako piekarz od 1937 r., aż do wyzwolenia w maju 1945 r. Na początku 1943 r. Niemcy przywieźli jeńców Włoskich. Przywieźli ich około trzystu. Byli Oni w mundurach. Wpuszczono ich do specjalnie ogrodzonego kolczastym drutem placu. Mieli tam swoje bloki, gdzie mieszkali. Chodzili po placu. Byli głodni i wynędzniali. Mieli różne ubrania. Nieraz widziałem jak Niemcy bili jeńców włoskich. Widziałem to, gdyż zaraz za ogrodzeniem mieścił się drwalnia, a ja tam chodziłem. Nieraz ja i inni piekarze, jak szli po drewno, to wzięli chleba za pazuchę i potem przerzucali jeńcom za ogrodzenie. Był to chleb pieczony dla Niemców. Jeńcy chwytali ten chleb, łamali go i traktowali jak by im złoto rzuciło się i zanosili do bloku. Specjalnie dla włoskich jeńców pieczono chleb składający się 25% mąki a 75% trocin. Nie wiem co to było, trociny czy perz. Nieraz jak robiliśmy ten chleb to kichaliśmy jak z tabaki. Na skutek złych warunków część jeńców zmarła, a część jeńców włoskich wywieziono. Nie pamiętam kiedy, gdzie też nie wiem. Zdaje mi się, że w końcu 1943 r. , czy na początku 1944 r. Pamiętam, że trzem oficerom włoskim udało się wydostać za druty i gdy szli oni w kierunku mostu na rzece Wieprz, strażnik niemiecki zabił ich. […]. Niemcy znęcali się nad jeńcami włoskimi, jak któryś oddalił się od bloku to bili i kopali. Nie pamiętam co się z nimi stało, gdyż jak było bombardowanie tu uciekliśmy. A potem już ich nie widziałem”. Część więźniów włoskich przywiezionych do Dęblina przesłano na Zajezierze: „Pochodzili ze zbuntowanych oddziałów, które nie chciały walczyć przeciw ZSRR –zeznała 18 kwietnia 1962 r. w Sądzie Powiatowym w Garwolinie Irena Hasse, do 1942 r. Prezes PCK Oddział w Dęblinie – […]. Wielu jeńców na skutek złych warunków zmarła, najwięcej w miesiącu czerwcu i lipcu 1943 r., gdy w obozie jenieckim panowała epidemia czerwonki. Wyżywienie w obozie było okropne. Warunki były okropne, ale lepsze nieco od jeńców radzieckich. […] Mieszkańcom nie można było kontaktować się z jeńcami, jedynie potajemnie można było przerzucać przez ogrodzenie żywność, czy inne rzeczy np. lekarstwa, papierosy. Z pomocą chłopców mieszkających w okolicy, pomimo grożącego mi niebezpieczeństwa –pomagałam. Wybierałam najsprytniejszych, oni przerzucali przez ogrodzenie takie lekarstwa jak opium, mięta, waleriana. Jeden z chłopców znał język niemiecki i mógł się porozumieć z Włochami. […]Widziałam jak Niemcy rzucali chleb jeńcom włoskim i jak wszyscy jeńcy biegli to Niemcy fotografowali i śmiali się. Jeńcy byli przeważnie oficerami, było ich około 500. Wielu jeńców zmarło z powodu złych warunków, a co zresztą jeńców stało się tego nie wiem, gdyż w sierpniu 1943 r. zostałam aresztowana przez Niemców i osadzona w więzieniu w Lublinie. ” Według zeznań świadka Mariana Hory, Komendanta Miejskiej Straży Pożarowej w Siedlcach dowiadujemy się, że na terenie niemieckich koszar w Siedlcach przebywało około 1000 oficerów armii włoskiej. Z rozmowy z podoficerem niemieckim, Ślązakiem z pochodzenia, dowiedział się[Hora], że mają oni zostać zgładzeni/w czasie rozmowy oficer wykonał charakterystyczny gest przeciągając pod szyją/ Po upływie pewnego czasu świadek dowiedział się, że około 3/4 z ogólnej liczby oficerów włoskich została przez miejscowe gestapo rozstrzelana w lesie położonym w pobliżu koszar. Trupy zostały wywiezione w nieznanym kierunku […]”. Po załamaniu się Włoch w 1943, od lata 1943 r. Niemcy transportowali rozbrojonych Włochów ze wschodu w kierunku północno-zachodnim, trasą kolejową Łódź-Piotrków Trybunalski. Jan Leszczyński-świadek, 13 kwietnia 1964 r. w Sądzie Powiatowym dla Warszawy-Pragi, zeznał: „Na stację Koluszki i bocznicę kolejową wtoczono transport rozbrojonych Włochów. Panowała wówczas temperatura znacznie poniżej zera, na przemian padał deszcz ze śniegiem, a ziemia była pokryta lodowatą skorupą. W wagonach było od 40 do 120 osób. Transportów było kilkanaście w ilości po 40 wagonów każdy. Niemcy nie pozwalali zbliżać się do tych transportów, strzelali. Z okrzyków i jęków dochodzących z wagonów, na przykład „aqua -aqua” rozumieliśmy, że Włosi są skrajnie wyczerpani. Różnymi sposobami starałem się zidentyfikować jednostki włoskie, które w ten sposób wieziono. W kilku wypadkach udało mi się zdobyć listy, które Włosi wyrzucali, a które otrzymywali z domów. Były to świetne dowody, gdyż ustalały jednostkę wojskową i nadawcę[…]”. Wiem, że Rzepecki próbował wykorzystać miejscowych Niemców do zawiadomienia rodzin we Włoszech, ale szybko musiał zrezygnować, gdy poczta niemiecka natychmiast zorientowała się o co chodzi i Niemiec Klingfuss, który miał wysyłać listy wycofał się. Konwojowani Włosi z reguły byli pozbawieni odzieży, ani jeden nie maił munduru, zastępowały go papierowe worki po cemencie lub nieprawdopodobne łachmany. Podobno mundury zostały im odebrane w okolicy Baranowicz na polecenie niemieckich władz. Po otwarciu wagonów wypadali na torowisko i zjadali wszystko co rosło obok, np. jarzębinę, wystające spod śniegu głąby kapusty, korzenie, niedorozwinięte dynie, ,pozostawione tam jako nieużyteczne. Po zjedzeniu tego wszystkiego Włosi dostali straszliwych bóli. Sam przyniosłem ziemniaków i buraków surowych, które „pożerali” na miejscu. Niemcy nie mogli zapędzić ich do wagonów. Zaczęli strzelać i bić Włochów. Próbowali wrzucać Włochów do wagonów, ale dawało to taki skutek, że wrzucając ich do wagonów, rozbijali im głowy[…]. Ostatecznie w ciągu kilku godzin transport załadowano ponownie. Do jednego z wagonów wrzucono zwłoki zastrzelonych żołnierzy włoskich- około 74. Kilka lub kilkanaście zwłok nie miało widocznych obrażeń, z czego wnioskowałem, że zostali uduszeni w wagonach bądź zagłodzeni. Widok był wstrząsając .Każdy z wagonów mógł liczyć od 100-120 Włochów, ciała były układane warstwami, a nie były mowy o zajęciu pozycji stojącej lub siedzącej”. Świadek Bolesław Paciorek, przesłuchiwany 11 stycznia 1962 r. w Sądzie Powiatowym w Kozienicach zeznał ( dotyczy obozu jenieckiego, założonego przez Niemców w 1941 r. w Głusicach/k Zajezierza)[…]”Pod koniec 1942 r. ułatwiłem ucieczkę 10 Włochom i 5 oficerom radzieckim. Zaopatrzyłem ich w dowody osobiste. Z pośród uciekinierów włoskich 3 dostało się do organizacji podziemnej Bataliony Chłopskie. Jednego z nich dobrze znałem, przebywał u mnie, nazywał się Franco Metelli porucznik-inżynier. W czasie walki z Niemcami w Grzywaczu w marcu 1943 r. Franco Metelli został ranny w obojczyk i według lekarza dr. Kiełczyńskigo należało dokonać koniecznej operacji. Dowódca B.CH. wydał rozkaz , aby stamtąd udali się do Kozienic. Po drodze obaj zatrzymali się w Psarach, aby stamtąd udać się do Kozienic. […]W czasie przejazdu do Kozienic obydwu zatrzymała żandarmeria niemiecka. Zostali rozstrzelani przed szpitalem w Kozienicach, było to w kwietniu 1943 r. Zwłoki ich zostały przewiezione i pochowane na cmentarzu katolickim w Oleksowie, gdzie do tej pory przebywają[…]. Pozostali jeńcy włoscy udali się z przewodnikiem Czechem w kierunku Brna. W miesiąc później otrzymałem od jednego jeńca włoskiego kartkę z Brna. Od tego czasu kontakt mój z tymi jeńcami został przerwany. Czy żyją i gdzie obecnie przebywają jeńcy nie wiem”. Ci, którzy nie doczekali końca wojny pozostali tutaj na zawsze. Na Cmentarzu Żołnierzy Włoskich w Warszawie na Bielanach przy ul. Marymonckiej w latach 1957-1967 pochowano 1415 obywateli Włoch zmarłych i pomordowanych w niemieckich obozach jenieckich podczas II wojny światowej, ekshumowanych z różnych miejsc. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, Niech odpoczywają w pokoju.

Napisz komentarz

Twój e-mail nie będzie opublikowany.